TAM, GDZIE DYBUK WALCZY Z BOGIEM
Oto dotarłem tutaj, nareszcie. Kilkukrotnie utraciłem ścieżkę z oczu - zaskakująco krętą i nieprzewidywalną. Oto jestem, w blasku księżyca odnalazłem Cię, przekroczyłem próg Twój. Przystań dla niespokojnych dusz.
Jestem tutaj – w końcu. Patrzę na scenę, na której duchy jakby odżywały w postaciach aktorów, zamykam oczy i słyszę szept:
- I cóż, przybyszu, odnajdujesz tu to, czego szukałeś?
Wielokrotnie musiałem odłożyć tę podróż, z powodów osobistych czy choroby, która przykuła mnie do łóżka, uniemożliwiając wyjazd… jakby ktoś z uporem chciał mnie zatrzymać. Złośliwy.
Kilkukrotnie traciłem już nadzieję, zgubiłem drogę, po czym odnalazłem ją w zaskakującym miejscu i okolicznościach. To on, kilka miesięcy temu dotarł do mnie jako pierwszy i zaprosił na spektakl w zaskakującym dla mnie miejscu, w Łomży, jakby mówił: - Jesteś już gotowy.
Odnalazłem drogowskaz, za którym kryło się wspomnienie dawnego reportażu sprzed lat. Skręć w lewo i do końca ścieżki podążaj na wprost. Mówią, że tu trzeba wejść z otwartą duszą, a najlepiej z sercem połatanym doświadczeniami, bo inaczej nic się nie zrozumie.
O Wierszalinie – unikalnej w skali Europy, a może i świata, przestrzeni artystycznej, teatrze duchów, słyszałem dawno temu, opowiadał mi o nim również mój przyjaciel Leszek Stafiej, o nagrodach festiwalowych*, które im wręczali, oraz pasji, która tworzy miejsca. Planowałem tam pojechać od dawna. W dość zaskakujących okolicznościach trafiłem w ubiegłym roku również w pierwotną przestrzeń, na skraju puszczy Knyszyńskiej, tam, gdzie wszystko się zaczęło.
Z tego zderzenia wyłoniło się coś nowego – dzisiejszy teatr, który odkopuje i wskrzesza tamte duchy, pozwalając im przemówić do nas, ludzi w XXI wieku, niby oświeconych, a jednak wciąż głodnych metafizyki.

Zaskakujące, że spektakl, którego opowieść stała się swoistym założycielskim DNA tego miejsca, wcale nie powstał jako pierwszy. Co więcej w ostatnim czasie został zamrożony, z przyczyn osobistych… tworzący spektakl aktorzy musieli skupić się na dziecku, w sensie dosłownym.
Postać proroka Ilji, człowieka, który nie bał się zmieniać świata wokół siebie, stała się inspiracją dla twórców teatru i sztuki „Wierszalin. Reportaż o końcu Świata”.
Dziś przekroczyłem próg, jedną nogą dotknąłem przeszłości, z jej barwnymi, czasem mrocznymi opowieściami o szaleńcach, prorokach i masowych modłach pod podlaskim niebem. Drugą – stanąłem w teraźniejszości, w której nasz świat niby oparty jest na logice i rozumie, a jednak od dawna wzdycha do nowych mistycznych narracji.
Spektakle Wierszalina pozwalają zachować wiarę w moc sztuki teatru, ale przede wszystkim pozwalają jej doświadczyć… trochę na przekór współczesnym efektownym trendom.
Przychodzą mi na myśl historie sprzed dekad, kiedy w okolicy huczało o mistycznych zdarzeniach: ludzie biegali nadzy, tłukli kołowrotki, widzieli diabły i anioły, rozmawiali z ikonami, tak jakby stawali się bramą do innego wymiaru. W skrajnej nędzy, w poczuciu osamotnienia i krzywdy, jedni wierzyli, że Bóg zaraz zstąpi i zaprowadzi porządek,inni zaś pukali się w czoło, bezlitośnie szydzili z prostych chłopów z polsko-białoruskiego pogranicza.
Może wtedy rodził się ów paradoks, w którym Wierszalin jest do dziś zanurzony: potrzeba przynależności do wielkiej tajemnicy i jednoczesna tęsknota za normalnością.
Gdzieś usłyszałem, że to miejsce jest, jak obraz odwiecznego buntu i wojny Dybuka - ducha zbłąkanego i natarczywego, z Panem Bogiem o prawo do swego istnienia.
Odwieczna wojna, jak wirujący pył w starym magazynie, jest nie do wygrania przez żadną ze stron, ale barwnie pokazuje odwieczną ludzką frustrację. Chcemy boskiej ręki w naszym życiu, by nas prowadziła, a zarazem szamoczemy się, żeby wyrwać się spod boskiego jarzma i przeżyć choć chwilę niezależności. Wierszalin, jak taki młot na duszę, nie daje gotowej odpowiedzi, tylko odsłania pęknięcia i każe patrzeć w te szczeliny z gorzkim półuśmiechem – i może właśnie w tym tkwi jego siła.
To sztuka, która nie drży przed niewygodnymi pytaniami. Wpycha ręce w to, co głęboko zakopaliśmy: nasze przesądy, lęki, skrywaną wiarę w cuda.
Starzy ludzie szeptali o cudach, ekstazach i ciemnocie, która przez lata mieszała się z żarem religijnym, aż urodziła potwora – albo świętego, kto wie. W końcu logika czasem przegrywa z głodem tajemnicy.
Można tu wskrzesić umarłych, przywołać zawiłe światy, a potem karmić się ich szeptami, jakby to był najlepszy koncert w okolicy. Wierszalin nie tyle pokazuje te duchy, co daje im mikrofon oraz scenę i radośnie zamyka drzwi, żeby nie uciekły.
Duchy chodzą po scenie, boskie iskry spalają dusze, a jednocześnie coś w tym wszystkim śmierdzi starą ludzką desperacją. Jakby dawniej ktoś rozpaczliwie szukał ratunku i trafił na człowieka, który obiecał mu nową Jerozolimę w środku lasu. Obłęd, panie, obłęd ludzi ogarnął, czasy takie były; ci ludzie naprawdę marzyli, wierzyli i bali się zarazem. Lud Boży czegoś szukał, nie wiadomo czego.

Mawia się, że kręte ścieżki prowadzą nas przez życie, że ciemny lud był wtedy podatny na takie sztuczki. Ale czy masz absolutną pewności, że dziś nie jesteśmy w podobnym transie, tylko ładniej ubranym w obrazki i lepiej oświetlonym ekranami LED naszych smartfonów?
Tu szeleści stara tajemnica, ale i szepcze jakaś zupełnie współczesna niepewność. Bo w gruncie rzeczy nadal szukamy. Nie wiadomo czego. Ale szukamy, cały czas.
Wierszalin może być lustrem, w którym odbija się nasz własny głód tajemnicy – pozornie zaspokojony gadżetami współczesności. Może właśnie dlatego Wierszalin istnieje: by zadawać pytania, od których zaczyna się nowa podróż w głąb nas samych.
Komentarze
Prześlij komentarz